Pacewicz członkiem przyznającej Oskary Akademii Filmowej, pracuje nad reżyserskim debiutem!

07/2020 | autorka: Monika Franczak (GSP)



Kolejny sukces członka Gildii Scenarzystów Polskich Mateusza Pacewicza. Jako producent wykonawczy, wraz z Janem Komasą, przygotowuje dla HBO serial, oparty na ich wspólnym filmie „Sala Samobójców. Hejter”. Pacewicz został członkiem przyznającej Oskary Akademii Filmowej, pracuje nad swoim reżyserskim debiutem krótkometrażowym, działa jako konsultant scenariuszowy.

Z Moniką Franczak rozmawiał o zawodowych skokach w bok, swoim podejściu do roli scenarzysty w biznesie filmowym oraz o tym jak dobrze mieć (dobrego) producenta kreatywnego.


Monika Franczak: Znalazłeś się pośród 819 nowych członków Amerykańskiej Akademii Filmowej. I w dodatku z innymi współtwórcami „Bożego Ciała”.

Mateusz Pacewicz: Tak, to wielka radość. Ogromnie ucieszyła mnie nominacja dla Przemka Chruścielewskiego, montażysty. Współpraca z nim była dla mnie bardzo wartościowa. Jest wiele analogii między pracą scenarzysty i montażysty. Z Przemkiem współpracujemy też przy moim debiucie reżyserskim. Mamy wspólny język, wiemy czym jest dla nas kropka, czym jest przecinek, oczywiście mowa o filmowych znakach przestankowych.

MF: Co oprócz przyjemnej dla ego satysfakcji daje Ci członkostwo w Akademii?

MP: Pracuję trochę jako konsultant, członkostwo w Akademii pozwala angażować się programy mentoringowe i pracować ze studentami z całego świata. Bardzo dużo się uczę sprawdzając się w innych rolach: konsultanta, producenta kreatywnego – jako scenarzysta nabieram większej pokory. Widzę ogrom pracy jaki wkłada się w film.

MF: Scenarzyści nieczęsto decydują się na ważną, moim zdaniem, rolę, czyli udział w promocji filmu. Zazwyczaj zresztą ta rola nawet nie jest im nawet proponowana. W Twoim przypadku było inaczej.
MP: Wziąłem na siebie bardzo dużo zadań promocyjnych. Po prostu czułem, że jest to adekwatne do mojego zaangażowania i mojej roli. Wynikało to też trochę z faktu, że jestem control freakiem i po prostu chciałem od jak najwięcej opowiedzieć o swoich motywacjach, podzielić się samym procesem kreacji, który zarówno przy „Bożym ciele” jak i „Hejterze” był bardzo żmudny. Nikt inny nie zna tak dobrze inspiracji, kontekstów i tła projektu jak scenarzysta.

MF: A jak było z Twoją rolą w okresie realizacji filmu?

MP: Miałem też ogromne szczęście: w obydwu filmach trafiłem na ekipy, które nie tylko były na mnie otwarte, ale wręcz oczekiwały mojego wkładu na etapie realizacji. Brałem odpowiedzialność za historię, którą chciałem opowiedzieć. Przy każdym z filmów byłem obecny na planie przez przynajmniej połowę czasu, czy to fizycznie czy wirtualnie. Czułem też, że Janek tego ode mnie oczekuje.

MF: Scenarzyści często chcieliby uczestniczyć w pracach planowych, ale jest im postawiona bariera. Większość polskich reżyserów po prostu nie chce konkurencji.

MP: Wiele osób było zdziwionych, że reżyser był cały czas ze mną w kontakcie, że nawet drobna zmiana w tekście była ze mną konsultowana. Miałem wrażenie, że my z Jankiem dzieliliśmy się bardzo wyraźnie kompetencjami, ale jednocześnie Janek miał wielki wpływ na kształt scenariusza, jak i ja miałem wpływ na to jak scenariusz był realizowany. Mieliśmy ogromne szczęście bo obaj siebie po prostu bardzo potrzebowaliśmy. Kluczowa jest otwartość reżysera na współpracę ze scenarzystą. Bez tego, nawet przy oczekiwaniu producentów i aktorów, pojawia się pole potencjalnego konfliktu. W nowym polskim kinie Krzysiek Rak był jednym z pierwszych scenarzystów, którzy pokazali, że reżyserom i reżyserkom zwyczajnie opłaca się współpracować ze scenarzystami i scenarzystkami.

MF: Wciąż zaskakuje mnie, że w ogóle można pomijać scenarzystę jako jednego z głównych twórców filmu.

MP: Mam wrażenie, że w Polsce pokutuje niedzisiejszy imperatyw autorskości. W szkołach filmowych stawia się na współpracę reżysera z operatorem, a scenarzysta rzeczywiście jest w dziwny sposób pomijany. A to się zwyczajnie nie sprawdza. Film jest zbyt wielowymiarowym zjawiskiem by pojedynczy twórcy nieśli na swoich barkach te wszystkie wymiary. Reżyser i tak ma za dużo rzeczy, nad którymi musi zapanować. Jest połączeniem wrażliwego twórcy, który musi wyczuć niuanse i jednocześnie menadżera, który musi zapanować nad ludźmi, stworzyć dobra atmosferę. Patrząc na Janka współczułem mu, myślałem: jak dobrze, że nie ja to robię.

MF: No i podjąłeś decyzję, że jednak wyreżyserujesz swój pierwszy film.

MP: Tak, ale nie mam poczucia, że to jest krok naprzód – to jest raczej krok w bok. Chciałem zrobić „trzydziestkę”, żeby się trochę porozglądać. Nie chce patrzeć na karierę jako na postęp, w którym musze robić coraz większe rzeczy. Po prostu poczułem, że nie mam ochoty cisnąć jak najszybciej. To złożyło się z odrzuceniem pewnego projektu, który z punktu rozwoju kariery mógł wydawać się świetnym krokiem. Ale po prostu poczułem, że chcę się porozwijać „na boki”. Zobaczyć jak to jest być kreatywnym producentem, jak to jest być reżyserem, a niekoniecznie.

MF: Często mówisz o swojej współpracy z Krzysztofem Rakiem, który był producentem kreatywnym przy powstawaniu scenariusza do „Bożego Ciała”. Co jest kluczowym elementem współpracy duetu scenarzysta – producent kreatywny?

MP: Scenarzysta ma przestrzeń, by rozwinąć jakąś wersję swojego filmu zanim dojdzie do współpracy z reżyserem, która może wywrócić wszystko do góry nogami. Razem z Krzyśkiem robiliśmy castingi na reżysera, zastanawialiśmy się jak dopasować wizje różnych reżyserów i reżyserek do mojego wyobrażenia tekstu. Taki rodzaj współpracy nadaje scenarzyście zupełnie inny status. Bez tego można wpaść do „paszczy reżysera”, który cię może wchłonąć.

MF: Jak współpraca z producentem kreatywnym wpłynęła na proces powstawania scenariusza do „Bożego ciała”?

MP: Pomagając reżyserom i reżyserkom przed debiutem przy ich projektach mam poczucie, że bardzo fajnie jest mieć blisko kogoś zaangażowanego kreatywnie, a zarazem niezbyt przytłoczonego odpowiedzialnością. Zanim nie spotkałem Krzyśka Raka nie miałem wiedzy o tym kiedy należy zacząć pisać. Zaczynałem za wcześnie, tworzyłem masę wersji, które szły do kosza. Nie wiedziałem, że do pisania tekstu należy usiąść jak najpóźniej. Krzysiek wspierał mnie gdy byłem sfrustrowany, że trzeba cały drugi akt przepisać, ze postać nie pasuje, że nie wiem czy to jest dobre czy złe- klasyczne wątpliwości. Wspaniale było mieć obok kogoś jednocześnie zaangażowanego, ale tez z dystansem. To daje ci lekkość i perspektywę. Pisania scenariusza filmu pełnometrażowego jeśli jest się debiutantem to jest porywanie się z motyką na słońce.

MF: Chciałam Cię jeszcze zapytać czy przy pisaniu nie masz oporów przed wyjściem ze strefy komfortu języka polskiego. Wiadomo, że język to dla scenarzysty główne narzędzie pracy oraz główna przeszkoda przed podbijaniem rynków zagranicznych.

MP: Ja jestem w tej chwili w innej sytuacji. Wykorzystałem momentum i włączyłem się w hollywoodzki projekt, w którym nie występuję w roli scenarzysty a producenta wykonawczego. Używam więc angielskiego w writers roomie, w rozmowach o narracji, postaciach a nie w zakresie scenariopisarskim.
  
Myślę, że od strony językowej nie jest to bariera nie do przekroczenia, ale ciekawsze jest dla mnie zagadnienie na ile scenariusz jest gatunkiem literackim, a na ile gatunkiem ujmującym rzeczy pozajęzykowe. Oglądałem moje filmy z osobami nie znającymi polskiego, z bazowymi napisami, i nie miałem wrażenia, że jakoś dużo straciły. Zawsze staram się pisać jak najdłużej bez dialogów, traktując je jako zło koniecznie, jako ozdobnik scenariusza. Próbuję pisać sceny tak, jakbym był osobą niesłyszącą, tak, żeby obraz mówił wszystko. W treatmencie umieszczam mikroskopijne ilości dialogów i to jeszcze w mowie zależnej. Może też dlatego mam więcej wiary w uniwersalność moich pomysłów w innych kontekstach kulturowych. Wierzę, że samo kino jest takim narzędziem, które stwarza przestrzeń na porozumienie ponad językowymi i kulturowymi ograniczeniami. 

więcej aktualności >>

WSPÓŁPRACUJEMY

Gildia Scenarzystów Polskich, ul. Odolańska 30/1, 02-562 Warszawa, Polska
© Copyright 2020-2021 Związek Zawodowy Scenarzystów Polskich – Gildia Scenarzystów.
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Made in: Studiograficzneweb